Wspięłam się na drzewo i zerwałam owoc mango. Wrzuciłam go do szmacianej torby, którą miałam zawieszoną na plecach. Miałam już w niej kilka jabłek i bananów. Chciałam zerwać jeszcze kilka śliwek, ale zaczęło mi się robić ciężko. Skrzywiłam się i zsunęłam z drzewa. Idąc do obozowiska, rozciągałam ręce. Popatrzyłam w niebo, aby określić godzinę. Promienie słońca przedzierały się przez liście, co zachwyciłoby mnie, gdyby nie oznaczało, że zaraz zapadnie zmierzch. Przyspieszyłam kroku, wsłuchując się w dźwięki lasu. Kiedyś zapewne uspokoiłabym się, słysząc śpiew ptaków, szum liści, ale teraz moje wyostrzone zmysły wychwyciły jeszcze więcej dźwięków. Pochrumkiwanie dzików, stukanie dzięcioła gdzieś w koronach drzew, miałczenie kota. A także warczenie wilków. Zaklęłam i ruszyłam szybciej. Umiem się dematerializować, ale nie swoje ubranie czy owoce.
Dotarłam do prowizorycznego obozowiska, zrzuciłam torbę i zniknęłam. Na początku, kiedy jeszcze nie umiałam używać swojej mocy, bardzo ciężko było mi nie odejść z tego świata. Musiałam się nauczyć utrzymywać myśli w innych cząsteczkach, na przykład w powietrzu. Teraz także z tego skorzystałam, by uchronić się przed dzikimi zwierzętami. Czekałam długo, aż coś nadejdzie, czując jedzenie. Ale jedynym co usłyszałam, były krzyki. Męskie.
Przenosiłam swoją obecność przez cząsteczki kurzu, kory drzew, tlenu czy liści, cały czas przybliżając się do odgłosów. Po kilkunastu sekundach znalazłam się na miejscu. Dwóch mężczyzn odzianych w długie, czerwono - białe szaty. Jeden z nich miał też długi, skórzany płaszcz. Nie zdołałam ujrzeć ich twarzy, ale po ruchach stwierdziłam, że są zmęczeni. Małymi sztyletami usiłowali obronić się przed napastnikami. Szybko podjęłam decyzję, co zrobić.
Zmaterializowałam swoje ręce, odebrałam brutalnie sztylety jednemu z nich i odepchnęłam go. Upadł na ziemię i obserwował moje ruchy, zszokowany dwoma rękami latającymi w powietrzu. Wilki zawarczały i rzuciły się na ciało, które widziały. Pierwszego kopnęłam w pysk, materializując nogę, po czym drugiemu przesunęłam ostrzem po boku. Jeden z głowy, pomyślałam. Drugi mężczyzna zaczął okładać swoją bronią oszołomionego wilka. Sprawiłam, że moje ręce zniknęły i chciałam odejść, gdy jeden z ocalonych przeze mnie wyciągnął rękę tam, gdzie jeszcze przed chwilą byłam.
- Poczekaj! Kim jesteś? Porozmawiaj z nami.
Zawahałam się, po czym zastanowiłam się, jak im się ukazać nie pokazując swojego ciała, na którym nie miałam ubrania. Zmaterializowałam dwa palce i pociągnęłam za szatę jednego z nich. Popatrzył nierozumiejącym wzrokiem na miejsce, w którym go dotknęłam, a następnie posłusznie ją zdjął i rzucił na ziemię. Okazał się być mężczyzną wieku około trzydziestu lat, z burzą brązowych włosów i tego koloru oczami. Miał kilkudniowy zarost i opaloną, ale bladą cerę. Taką jak miałam ja w pierwszych tygodniach mojego pobytu w lesie.
Weszłam za drzewo i cała się pojawiłam. Narzuciłam odzienie i wyszłam zmierzyć się z nimi.
- Mam imię. Miren. - wydukałam. Mówienie sprawiło mi dużo większe trudności niż myślałam. W sumie nie miałam dotychczas potrzeby odzywania się.
- Ja jestem Patrich, a tamten to Kaivel. Jesteśmy magami z Akademii Awoken Bird. Jakiś czas temu zgubiliśmy się w południowej części lasu, gdzie znajduje się akademia. Nie wiemy jak dostać się tam z powrotem. Jeżeli znasz drogę, to mogłabyś nas tam zaprowadzić. - powiedział ten, który dał mi szatę.
Skinęłam głową i pomachałam ręką, aby poszli za mną. Najpierw udaliśmy się do obozowiska, gdzie zabrałam wszystkie swoje niezbędne rzeczy, takie jak torba z jedzeniem czy koc, z którym jestem w tym lesie od zawsze. Szliśmy długo, a ja posługiwałam się pozycją słońca i mchem by zorientować się gdzie jesteśmy.
Po kilku godzinach dotarliśmy pod mury akademii. Magowie odetchnęli z ulgą. Zaprowadzili mnie do środka. Nie byłam przekonana, czy aby na pewno powinnam tam wchodzić, ale Patrich tylko się roześmiał, gdy podzieliłam się z nim moimi wątpliwościami.
- Niewątpliwie masz jakieś zdolności magiczne, a tutaj nawet mogłabyś nauczyć się z nich korzystać, o ile już nie umiesz. Uczyłaś się już kiedyś magii?
Pokręciłam głową.
- To ciekawe. W takim razie jesteś naturalnym talentem, tak jak nasz tu obecny Kaivel. Chodźmy, przedstawię cię mistrzyni Kilviah.
Ruszyliśmy szerokim korytarzem, mijając obrazy, rzeźby i uczniów. Zauważyłam trzy typy mundurków, każdy odpowiadający zapewne naukom, które pobierają. Chciałam zapytać Patricha, czego oni się uczą, ale podeszła do nas kobieta ubrana inaczej niż wszyscy inni. Musi być tu nauczycielem, stwierdziłam. Mała ze sobą długi kostur, którego końcówka jaśniała fioletowym światłem.
- Patrich i Kaivel, nie mylę się? Mhm, a kimże jest nasza koleżanka? Nie widziałam cię tu wcześniej.
Spojrzałam jej prosto w oczy. Kryło się w nich coś złego.
- Miren, imię moje. Las jestem, byłam. Lepiej iść.
Odwróciłam się na pięcie i chciałam odejść, ale przypomniałam sobie o płaszczu. Ku uciesze mentorki i magów wróciłam do nich.
- Ubrania. Oddać. Zmienić. Miejsce. - gestykulowałam, by jakoś przekazać im swoją myśl. Kobieta uśmiechnęła się i kazała podążyć za sobą. Posłuchałam.
Po drodze natknęłyśmy się na jakiegoś chłopaka. Tak samo jak ja miał na sobie inne ciuchy niż wszyscy. Złapałam go za rękaw i pociągnęłam.
<Klaus?>
f3rd4, lpdragonfly, tuftedpuffinstock, katanaz-stock oraz ransie3.